czwartek, 15 sierpnia 2013

Moja pierwsza poważna choroba - Babeszjoza


Idę na długi spacer. Najpierw pójdę do Weta po frontline na kleszcze. Paskudztwa jest teraz pełno, a rok temu wystarczył jeden dzień spóźnienia i BUM. Babeszjoza jak w zegarku, 3 dni po złapaniu kleszcza. Na szczęście Moja Pani w porę się zorientowała jak tylko dostałam gorączki 40 stopni. Z samego rana pobiegła ze mną do lekarza. Było mi strasznie słabo i źle. Szłam do tramwaju ledwo ruszając łapkami oraz słabo widziałam na oczy. Na miejscu pobrał mi krew. Nawet nie bolało tak bardzo kiedy wbijał mi igłę. Poczułam tylko lekkie szczypnięcie. Lekarz postawił fiolkę z krwią na blacie w swoim gabinecie. Po 15 minutach podniósł ją i stwierdził zdecydowanie: „Babeszjoza. Lara jest chora”. Minęło dłużej niż 1,5h, kiedy tłumaczył szczegółowo na czym polega ta choroba. Zrozumiałam z tego, że wirus atakuje czerwone krwinki we krwi. Te z kolei opadają martwe na dno fiolki pozostawiając na górze tylko przeźroczyste osocze. Ten proces nazywa się sedymentacja. W zdrowej krwi cała zawartość naczynia powinna być bez przerwy czerwona.

A najgorsze było jak wyjął przeźroczysty worek wypełniony wodą. Z jednego jego końca wystawała rurka z igłą wielką jak koń. Nie dość, że wystraszył mnie opowieściami, o tym ile psów umiera w ciągu roku i o przypadkach okropnych powikłań do końca życia (spowodowanych babeszjozą), to w dodatku skierował tą igłę w moim kierunku. Gdybym nie była, aż tak odważna jak jestem, pewnie bym zemdlała. A tak tylko schowałam się między nogi mojej Pani. Chwilę jej zajęło namówienie mnie do zabiegu, zwanego kroplówką. Do dziś nie wiem co było bardziej przekonywujące: obietnica kupna pachnącej nowością piłki na sznurku, czy też słowa: „Lara, zrób co mówi lekarz bo od tego zależy Twoje życie”. Wbił mi igłę między łopatki. Czułam jak na plecach robi mi się wielki bąbel wypełniony wodą. Dziwne uczucie ale też nie zbyt bolesne. Później faktycznie zrobiło mi się odrobinę lepiej. Może i Pańcia miała rację, a Pan Wet uratował mi życie, ale ja i tak na samo wspomnienie jego gabinetu dostaje dreszczy.
Dodatkowo dostałam jeszcze 3 rodzaje zastrzyków i poszłyśmy do domu. W nocy zadzwonił Lekarz i poinformował nas o wynikach badań nerek i wątroby. Generalnie chodziło o uszkodzenia narządów jakie powoduje ta choroba. Polega to na tym, że gdybyśmy porównali je do gąbczastych filtrów, a martwe krwinki do ziarenek piasku, można by było stwierdzić, że po czasie mój organizm zapchałby się i przestałby filtrować. Jeśli nie umarłabym w ciągu tygodnia, to po dłuższym okresie czasu, nieleczenia choroby, na pewno trwale uszkodziłby mi nerki (wątroba się regeneruje). Wszystkie organy są jak mechaniczne trybiki. Jeśli utracimy funkcjonowanie jednego z nich, całość przestanie działać.
Tydzień trwało leczenie. Codziennie o tej samej porze chodziłam dostawać antybiotyki i kroplówkę. Dostałam karmę Royala na lepsze funkcjonowanie wątroby. Moje ograny okazały się być niezniszczone choć lekko obciążone.

2 komentarze:

Psie Wędrówki pisze...

nie zazdroszczę takiego paskudztwa ... co do karmienia to przy różnych chorobach często zalecany jest BARF - podpytajcie weta czy dla Was byłoby to dobre rozwiązanie.

Pamiętniki Lary pisze...

Sprawdziłam w Google, że ta dieta BARF polega na jedzeniu surowego mięsa. Otóż w moim przypadku to by się nie sprawdziło gdyż cierpię dodatkowo na alergię pokarmową. Od jedzenia białka zwierzęcego dostaje takiego świądu, że drapię się bez przerwy, do krwi. Mogę jeść tylko hipoalergiczne karmy weterynaryjne i warzywka. Najbardziej z tego wszystkiego lubię marchewki.
Zanim pojawiła się alergia jadłam bardzo dużo mięsa - surowego i gotowanego. Ileż ja bym teraz dała za kawałek soczystego steaka z wołowinki. mniam.

Prześlij komentarz