wtorek, 10 lutego 2015

O dwóch pierwszych miesiącach nowego 2015 roku

Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu a więc wiele się wydarzyło w moim życiu. Jest prawie 5 rano ale nie mogę spać mimo że w łóżku, pościeli i między ludźmi jest mi bardzo wygodnie. Ten przywilej otrzymałam w dniu gdy moja pani poklocila się ze swoim chłopakiem, jak również dniu w którym widziałam go ostatni raz. Teraz mieszka z nami inny chłopak, którego lubię o wiele bardziej niż jakiegokolwiek innego kolegę naszego stada. Po tak wielu miesiącach intensywnego zapoznania się z nim mogłabym nawet stwierdzić, że właściwie traktuję go jakwłasne stado. Czasem się kłócą i szczekam na nich żeby przestali. Oczywiście zdarzają się gorsze dni kiedy mnie nie słuchają i kłócą się mimo to, a złość w nich narasta. Nigdy mnie nikt nie skrzywdzil ale jak tylko widzę że są źli chowam się pod biurko albo stół żeby nikt mnie nie zobaczył. Tak jest bezpieczniej. Gdy już widzę że się godzą i zaczynają normalnie ze sobą rozmawiać, wyskakuje z ukrycia i wylizuje ich namiętnie po twarzach. Odsuwaja głowy jakby się przed tym bronili ale tak naprawdę uwielbiają to. Widzę to, bo się śmieją. 
Na spacery wychodzę częściej i o każdej porze dnia. Jest w końcu o jedną osobę więcej do towarzystwa. Bawię się więcej z tego samego powodu oraz tego, że ta osoba jest super partnerem do gry w piłkę albo zabaw z ręką. Ciągle jestem przytulana, tarmoszona i calowana w nos. Też daję im całuski moim mokrym nosem. Tworzymy całkiem zgrana paczkę. 
Z takich ważniejszych rzeczy z których chciałbym się podzielić to fakt że na urodziny dostałam optimusa (taka twarda piłka wielkości małego jabłka, z dzwiekiem w srodku). Na początku miałam na jej punkcie bzika i nie chciałam wychodzić bez niej nawet na poranny spacer. Ale teraz i tak wolę moja starą piłkę która pachnie gumą i masuje mi dziąsła.  Mogę ją gryźć i zgniatac na każdy możliwy sposób a ta pozostaje nienaruszona. Dziwne...  
Druga ważna sprawa to wyrabianie paszportu. Niedługo będę się mogła nazwać formalnie Polką, psem-europejczykiem. Będę mogła zwiedzić inne kraje! Tak się cieszę!  Opiszę cały proces wyrabiania tego paszportu jak później, żeby nie zapeszac. 
Auuuu.  Dobranoc 

środa, 4 czerwca 2014

Nowy dom Barego

Minelo wiele dni leczenia. Bary wyzdrowial i ma sie dobrze. Czesto widuje sie z nim na spacerach w parku za blokiem. Mieszka teraz u nowych wlascicieli, sasiadow z bloku obok. Dokladnie tych samych ktorzy sie mna opiekowali kiedy Bary byl w moim domu.

środa, 4 grudnia 2013

Bary: "Jestem jej stróżem, a Ona moim aniołem"





Przyjechali po mnie w nocy. Nigdy wcześniej nie wąchałem tego samochodu. Otworzyli tylnie drzwi i kazali wskoczyć na siedzenia. Nie chciałem tego ale na szyi miałem jakiś pasek i nie bardzo miałem inny wybór. Próbowałem wejść ale nie miałem sił. Poczułem ludzkie dłonie pod pachami i siłę która uniosła mnie w górę pomagając mi znaleźć się w środku. Było mi w sumie wszystko jedno co ze mną zrobią. Każdy dźwięk który słyszałem był niewyraźny i przytłumiony niczym pod wodą. Każdy obraz był rozmazany jak za mgłą. Każdy dotyk i ruch sprawiał mi taki ból jakby zdzierano ze mnie skórę. Było mi tak bardzo zimno jakbym już był martwy. W każdym zapachu czuć było jedynie zbliżającą się śmierć i moje własne gnijące ciało. Każda sekunda wydawała się wiecznością. Za szybą jedynie rozmazane cienie drzew. Wszystko pogrążone w ciemności rozświetlane na moment światłami jadącego samochodu wyglądało jak taniec duchów. Wszystko będzie dobrze - mówiła. Czy ja już umarłem? Czy to tak wygląda anioł, który przyszedł po mnie i zabiera mnie tam gdzie nie ma bólu i cierpienia? Proszę, proszę, proszę. Zabierz mnie - błagałem. Zasnąłem. Obudził mnie dziwny znajomy zapach. Przypomniał mi dzieciństwo, pierwszy dom i czasy kiedy wszystko pozbawione było najmniejszych trosk. Podniosłem głowę i znów wyjrzałem na zewnątrz. Oślepiła mnie na moment niezliczona ilość świateł - małych i dużych, bliskich i dalekich. Wszystko dookoła wirowało i błyszczało. Przyglądając się wszystkiemu poczułem lekki zachwyt - Warszawa. Baryłka, wysiadamy - usłyszałem nagle jej głos. Jej ręka, która przez ten cały czas leżała na moim ramieniu chwyciła mnie delikatnie za pseudo obroże na mojej szyi. Wyszliśmy z samochodu. Nie poznałem tego miejsca ale wydało mi się, że już kiedyś widziałem takie ogromne ludzkie budy z płaskiego kamienia. Byłem bardzo pobudzony widząc otoczenie wywołujące same przyjemne wspomnienia i skojarzenia. Szliśmy wzdłuż ściany aż doszliśmy do w pół szklanych, rozświetlonych drzwi. Otworzył nam mężczyzna ubrany w biały szlafrok. Przywitałem go machaniem ogona i weszliśmy do środka. Nie wiem jak długo tam byliśmy. Wszystko nabrało tępa od momentu kiedy kazali mi stać i wsadzili w pupę patyk zwany termometrem, a następnie wbili we mnie strzykawkę i jeszcze dwie kolejne. Nagle wszystko nabrało tyle ostrości i kontrastu jakbym zaczął widzieć w kolorach. Poczułem się dużo lepiej ale nie przestałem się trząść i ledwo miałem siłę iść. Wsiedliśmy do samochodu i dojechaliśmy do domu gdzie czekał na mnie ciepły grzejnik i miska z wodą. Na wejściu poczułem takie pragnienie, że wypiłem dwie pełne i chodziłem tak się napić co chwila. W kolejnych dniach odkryłem, że te strzykawki to leki od których przestaje swędzieć skóra, boleć uszy i spada gorączka. Jednocześnie powodowały one ogromne pragnienie. Minął tydzień i poszedłem na kolejne leczenie. Myślałem, że dostanę zastrzyki jak wcześniej i wrócimy spacerkiem do domu, jednak tym razem tak się nie stało. Dostałem strzykawkę i już wyszliśmy od weterynarza, kiedy nagle ogarnęło mnie takie zmęczenie jakiego w życiu nie czułem. Chciałem iść do przodu ale moje łapy odmawiały mi posłuszeństwa. Musiałem usiąść. Po dwóch minutach już zupełnie ich nie czułem, a po trzeciej nie mogłem podnieść nawet głowy. Pomyślicie pewnie, że byłem przerażony? Może byłem odrobinę zdezorientowany ale nie walczyłem z tym. Nadchodził ciężki sen, który w każdej sekundzie coraz mocniej zamykał mi powieki. Przyzwalałem mu na to bo przez cały czas była obok mnie Ona. Ufałem Jej i czułem się bezpiecznie. Poczułem Jej ciepłą dłoń zsuwającą się po moim czole na oczy i pysk. Moje oczy się zamknęły.




Bary

czwartek, 14 listopada 2013

Poza domem

Jestem już tak długo poza domem, że prawie zapomniałam jak wygląda. Chociaż rozkład mieszkania, w którym teraz mieszkam jest dokładnie taki sam, tyle że w lustrzanym odbiciu. Piotrek i jego Mama są dla mnie kochani i czuję się u nich bardzo swobodnie. Ale jednak to nie to samo co własny kocyk i moja Pani. Minęło już tyle czasu i zaczęły mnie nachodzić myśli czy nie zostawiła mnie tu na zawsze. Codziennie gdy wychodzę na spacer rozglądam się za nią spoglądając w stronę domu. Wiem, że jest gdzieś niedaleko. Czuję to po zapachu. Mieszkam teraz blok obok mojego starego bloku. W ciągu tych 2 miesięcy poza domem spotykałam ją albo przychodziła po mnie, żeby zabrać mnie na długi spacer do parku. Towarzyszył nam pies Bary. Muszę przyznać, że z początku byłam o niego bardzo zazdrosna. Ale teraz wiem, że moja Ola bardzo mnie kocha i nigdy nie wymieniłaby mnie na innego psa. Starając się przyzwyczaić do obecnego życia długo myślałam nad tą całą sytuacją. Kiedy zobaczyłam Barego na początku wyglądał jakby wpadł pod kosiarkę i śmierdział jakby wykąpał się w szambie. W połowie ciała był łysy, a na skórze przypominającą słonią, widać było ostre stany zapalne pokryte śmierdzącym łojem. Z uszu smród był równie nieprzyjemny i ciekła mu ropa. Czuć było od niego chorobę na kilometr. Zrozumiałam, że ludzie nie chcą żebym miała z nim kontakt bo mogłabym się zarazić.
Lubię Barego i jest mi go żal. Zawsze gdy przyjeżdżałyśmy z Olą na święta na działkę, siedziałam w ciepłym domu, w rodzinnym gronie przy kominku. Bary z Miśkiem w tym czasie siedzieli na zewnątrz i chowali się przed śniegiem oraz deszczem pod dachem na tarasie. Lubiłam czasem wymknąć się do nich przez uchylone drzwi. Oprowadzali mnie po lesie i opowiadali różne historie. Któregoś razu opowiedzieli mi że brakuje im przytulania i ludzkiej uwagi od kąd zmarł Pan Andrzej. Pan Andrzej był ich przyjacielem, starszym człowiekiem mieszkającym w sąsiedztwie. Lila (moja człowiecza Babcia) zatrudniła go do opieki nad nimi. Kiedy żył przesiadywał z nimi całe dnie ale któregoś dnia nie przyszedł a zamiast niego zaczął przyjeżdżać ktoś inny. Dostawały wtedy jeść, pić i od czasu do czasu kropelki na kleszcze. Drobnej pieszczoty w postaci głaskania mogli się doczekać w weekendy. Wtedy przyjeżdżali ich prawdziwi właściciele - Lila i Jerzy. Od długiego przesiadywania na dworzu, niekąpane psy zaczęły im strasznie śmierdzieć i brudzić. Mi ten zapach kompletnie nie przeszkadza ale smród choroby to zupełnie co innego. Bary ma problemy z zapaleniem uszu juz od dawna. Nawet rok temu był przywieziony na leczenie do Warszawy. Niestety terapia musiała trwać zbyt krótko i zapalenie nawróciło a dodatkowo Bary złapał świerzbowca którego ciężko leczyć. Pewnie dlatego moja wyprowadzka trwa tak długo.
Bary wygląda już coraz lepiej. Odrosła mu prawie cała sierść, a niedługo nie będzie nawet śladu po łysych plackach. Co tydzień jest kąpany u weterynarza, więc zapach też się poprawia. Słyszałam jak moja Pani rozmawiała z ludźmi na temat poszukiwania dla niego nowego domu. Biedaczek potrzebuje stałej obserwacji na wypadek nawrotu zapalenia uszu. Do czasu znalezienia nowego właściciela zamieszka u mnie, a jak wydobrzeje to może pomieszkamy chwilę wspólnie. Byłoby nam raźniej gdybyśmy zostawali sami w domu. Znam Barego od I miesiąca życia i traktuję go jak brata. Niestety przez moje 5 lat życia nie mieliśmy zbyt wiele okazji się spotykać. Może moglibyśmy się lepiej zżyć gdyby zamieszkał ze mną. Nigdy nie byłam blisko z żadnym psem ale czuję, że z nim mogłoby być całkiem fajnie. Jest bardzo opanowany i grzeczny w przeciwieństwie do tych innych nachalnych psów, które bez przerwy chcą na mnie włazić. Bary nigdy nawet nie próbował tego robić. Jedynie podchodzi do mnie machając ogonem i daje mi w pyszczek tysiące słodkich, deliaktnych całusków językiem. Bardzo lubię biegąć z nim ramię w ramię i patrolować okolice. W parku na spacerach wąchamy te same ciekawe rzeczy na ziemii. Bary jest duży, silny i odważny. Gdyby było jakieś niebezpieczeństwo, na pewno by mnie obronił. W końcu pracował 8 lat na 2 ha ogrodzonego lasu jako pies stróżujący.
Kiedy jest zdrowy i wykąpany wygląda jak wystawowy Owczarek Niemiecki. Nie wiem czy prawie całkiem czarny pies tej rasy mógłby wygrać wystawę ale dla mnie atletyczną budową ciała, z długą, czarną jak smoła lśniącą sierścią i wzorcową postawą prezentuje się prawdziwie po królewsku. Życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia.

wtorek, 20 sierpnia 2013

Moi przyjaciele psy


.
Przyszło mi do głowy, żeby o tym napisać podczas wczorajszego spaceru w parku. Spotkałam się tam, zupełnie przypadkiem z moim najlepszym psim kumplem Tokiem. Jego właściciel Huber wyjechał na pół roku do szkoły policyjnej, przez co ostatni raz widziałam się z nimi 3 miesiące temu. Wcześniej widywaliśmy się codziennie, bo Tokio mieszka w bloku obok mojego. Strasznie się za nim stęskniłam. W chwili gdy zobaczyłam go z daleka nie byłam zupełnie pewna czy to on. Nastawiłam uszy i przyglądałam się uważnie. Na osiedlu mieszka jeszcze jeden biszkoptowy amstaff, który wyglądałby identycznie gdyby nie to, że nie ma przyciętych uszu. Gdy go rozpoznałam szczeknęłam z radości a Tokio się zatrzymał i zamachał ogonem. Moja Pani pomachała ręką do chłopaka, który prowadził go na smyczy. Brat Huberta poznał nas i spuścił Tokia żebyśmy mogli się poganiać. Tokia znam od czasu kiedy był jeszcze szczeniaczkiem. Różnica wieku to 2 lata. Jestem dla niego prawie jak starsza siostra dlatego nauczył się szacunku do mnie. Wiele razy tłumaczyłam mu, że nie lubię włażenia na siebie i innych tego typu zabaw. Lubię mieć przestrzeń osobistą i dlatego nie ma dla mnie mowy o typowych dla szczeniąt zachowaniach takich jak: przewracanie i obślinianie się wzajemne. Tokio się ze mnie śmieje, nazywając mnie "starą, zgrzybiałą suką" i w kółko mnie zaczepia. Jego ulubionym sposobem na to jest podbieganie do mnie od tyłu i dotykanie mnie nosem w pośladki. Na początku to zabawne i kiedy go odganiam, w chwili nieuwagi podbiera mi zabawki których pilnowałam. Po jakimś czasie mi się to nudzi i jeśli Tokio za bardzo mnie zirytuje swoim natrętnym zachowaniem, rzucam się do niego, ujadając mu prosto w ucho. Mam nadzieje, że w końcu da mi święty spokój ale on oczywiście nic sobie z tego nie robi. Odskakuje tylko na bok i śmieje się dalej, a potem znów zaczyna swoje dowcipne żarty. Od czasu do czasu dam się sprowokować i gonię Tokia przez cały park do utraty tchu. A park po którym biegamy jest bardzo duży. Są w nim: jeziorka, zalesiona skarpa, wiele chronionych gatunków zwierząt mieszających w gęstych krzakach i na terenach ogródków działkowych, obok znajduje się również pałacyk Królikarnia. Do parku przychodzi mnóstwo psów ze swoimi właścicielami, więc zawsze jest kogo obwąchać lub z kim się poganiać. Raz widziałam nawet kota na smyczy. Nie radziłabym mu przychodzić w to miejsce o godzinie 18.00. Wtedy właśnie, każdego dnia, zbiera się w tu moje stado zaprzyjaźnionych psów i ich człowieków. Ci drudzy dają nam ciastka i stawiają nam miski z wodą, a później gadają godzinami. My w tym czasie staramy się im jak najbardziej w tym przeszkodzić i bez ustanku wciskamy im zabawki do rzucania aportów. Czasem muszę się sporo naprosić, żeby moja Pani rzuciła mi patyk. Gdy w pobliżu są jacyś inni ludzie jest to dużo prostsze - zawsze mogę poprosić kogoś z nich. Wystarczy, że położę zabawkę na ławce lub na czyjejś stopie i od razu znajduje się mój "miotacz". Najlepiej rzucają faceci. Dajmy na to takiego Adama. Ciężko jest ocenić czy patyki którymi rzuca lecą dalej czy wyżej. Zabawa jest przednia. Wszystkie psy zapatrzone są w niego jak w obrazek, gdy trzyma patyk. Zwłaszcza jego dwa własne wilczury Sonia i Samir. Obydwa są czarno-podpalanej maści, mają krótką sierść i są dwa razy ode mnie większe. Samir to moja sympatia i wydaje mi się, że ja chyba też mu się trochę podobam. Widać to po nim w te dni, które zdarzają mi się dwa razy do roku. Szaleję za nim i gdy go widzę zupełnie tracę kontrolę. Przepełnia mnie takie dziwne uczucie do niego. Zalewa mnie fala ciepła, kiedy się do mnie zbliża i mnie wącha. Najpierw z nieśmiałej suczki staję się skora do zabawy, skaczemy na siebie i liżemy po pyskach. A później staję się uległa i pozwalam mu zrobić ze sobą już wszystko. Zupełnie bez skrępowania, odwrotnie niż w przypadku do innych psów, zabawa z Samirem staje się dla mnie najwspanialszym doznaniem jakie może mi się przytrafić.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Narodziny

Pływam sobie, pływam. La La La. Au! Ała! Co jest?! Siostrzyczko, zabierz swój ogon z mojego pyszczka! Czy wy wszyscy musicie się tak pchać?! Wiecie co? Wychodzę stąd! Mam tego dość!
Tak właśnie wyglądała moja pierwsza kłótnia z rodzeństwem, chwilę przed tym jak pierwszy raz złapałam powietrze w płucka.
Życie w brzuchu było o wiele łatwiejsze. Gdybym wtedy wiedziała, że świat jest pełen tylu niebezpieczeństw, na pewno nie byłoby mi aż tak śpieszno. Nie przeszkadzałoby mi tak bardzo moje egoistyczne, niesforne rodzeństwo, które całymi dniami potrafiło jedynie jeść, spać albo się rozpychać z tymi swoimi wielkimi brzuszydłami.
Teraz jakby trochę za nimi tęsknię. Nie wiem gdzie są ani jak się mają. Wstyd się przyznać ale nawet nie wiem jak mają na imię. Rozdzielono nas tak wcześnie. Pewnie nie rozpoznałabym ich gdybyśmy przechodzili obok siebie na chodniku. A moja Mama... ta prawdziwa... jej imię brzmiało Diana.

Moja pierwsza poważna choroba - Babeszjoza


Idę na długi spacer. Najpierw pójdę do Weta po frontline na kleszcze. Paskudztwa jest teraz pełno, a rok temu wystarczył jeden dzień spóźnienia i BUM. Babeszjoza jak w zegarku, 3 dni po złapaniu kleszcza. Na szczęście Moja Pani w porę się zorientowała jak tylko dostałam gorączki 40 stopni. Z samego rana pobiegła ze mną do lekarza. Było mi strasznie słabo i źle. Szłam do tramwaju ledwo ruszając łapkami oraz słabo widziałam na oczy. Na miejscu pobrał mi krew. Nawet nie bolało tak bardzo kiedy wbijał mi igłę. Poczułam tylko lekkie szczypnięcie. Lekarz postawił fiolkę z krwią na blacie w swoim gabinecie. Po 15 minutach podniósł ją i stwierdził zdecydowanie: „Babeszjoza. Lara jest chora”. Minęło dłużej niż 1,5h, kiedy tłumaczył szczegółowo na czym polega ta choroba. Zrozumiałam z tego, że wirus atakuje czerwone krwinki we krwi. Te z kolei opadają martwe na dno fiolki pozostawiając na górze tylko przeźroczyste osocze. Ten proces nazywa się sedymentacja. W zdrowej krwi cała zawartość naczynia powinna być bez przerwy czerwona.

A najgorsze było jak wyjął przeźroczysty worek wypełniony wodą. Z jednego jego końca wystawała rurka z igłą wielką jak koń. Nie dość, że wystraszył mnie opowieściami, o tym ile psów umiera w ciągu roku i o przypadkach okropnych powikłań do końca życia (spowodowanych babeszjozą), to w dodatku skierował tą igłę w moim kierunku. Gdybym nie była, aż tak odważna jak jestem, pewnie bym zemdlała. A tak tylko schowałam się między nogi mojej Pani. Chwilę jej zajęło namówienie mnie do zabiegu, zwanego kroplówką. Do dziś nie wiem co było bardziej przekonywujące: obietnica kupna pachnącej nowością piłki na sznurku, czy też słowa: „Lara, zrób co mówi lekarz bo od tego zależy Twoje życie”. Wbił mi igłę między łopatki. Czułam jak na plecach robi mi się wielki bąbel wypełniony wodą. Dziwne uczucie ale też nie zbyt bolesne. Później faktycznie zrobiło mi się odrobinę lepiej. Może i Pańcia miała rację, a Pan Wet uratował mi życie, ale ja i tak na samo wspomnienie jego gabinetu dostaje dreszczy.
Dodatkowo dostałam jeszcze 3 rodzaje zastrzyków i poszłyśmy do domu. W nocy zadzwonił Lekarz i poinformował nas o wynikach badań nerek i wątroby. Generalnie chodziło o uszkodzenia narządów jakie powoduje ta choroba. Polega to na tym, że gdybyśmy porównali je do gąbczastych filtrów, a martwe krwinki do ziarenek piasku, można by było stwierdzić, że po czasie mój organizm zapchałby się i przestałby filtrować. Jeśli nie umarłabym w ciągu tygodnia, to po dłuższym okresie czasu, nieleczenia choroby, na pewno trwale uszkodziłby mi nerki (wątroba się regeneruje). Wszystkie organy są jak mechaniczne trybiki. Jeśli utracimy funkcjonowanie jednego z nich, całość przestanie działać.
Tydzień trwało leczenie. Codziennie o tej samej porze chodziłam dostawać antybiotyki i kroplówkę. Dostałam karmę Royala na lepsze funkcjonowanie wątroby. Moje ograny okazały się być niezniszczone choć lekko obciążone.