Przyszło mi do głowy, żeby o tym napisać podczas wczorajszego spaceru w parku. Spotkałam się tam, zupełnie przypadkiem z moim najlepszym psim kumplem Tokiem. Jego właściciel Huber wyjechał na pół roku do szkoły policyjnej, przez co ostatni raz widziałam się z nimi 3 miesiące temu. Wcześniej widywaliśmy się codziennie, bo Tokio mieszka w bloku obok mojego. Strasznie się za nim stęskniłam. W chwili gdy zobaczyłam go z daleka nie byłam zupełnie pewna czy to on. Nastawiłam uszy i przyglądałam się uważnie. Na osiedlu mieszka jeszcze jeden biszkoptowy amstaff, który wyglądałby identycznie gdyby nie to, że nie ma przyciętych uszu. Gdy go rozpoznałam szczeknęłam z radości a Tokio się zatrzymał i zamachał ogonem. Moja Pani pomachała ręką do chłopaka, który prowadził go na smyczy. Brat Huberta poznał nas i spuścił Tokia żebyśmy mogli się poganiać. Tokia znam od czasu kiedy był jeszcze szczeniaczkiem. Różnica wieku to 2 lata. Jestem dla niego prawie jak starsza siostra dlatego nauczył się szacunku do mnie. Wiele razy tłumaczyłam mu, że nie lubię włażenia na siebie i innych tego typu zabaw. Lubię mieć przestrzeń osobistą i dlatego nie ma dla mnie mowy o typowych dla szczeniąt zachowaniach takich jak: przewracanie i obślinianie się wzajemne. Tokio się ze mnie śmieje, nazywając mnie "starą, zgrzybiałą suką" i w kółko mnie zaczepia. Jego ulubionym sposobem na to jest podbieganie do mnie od tyłu i dotykanie mnie nosem w pośladki. Na początku to zabawne i kiedy go odganiam, w chwili nieuwagi podbiera mi zabawki których pilnowałam. Po jakimś czasie mi się to nudzi i jeśli Tokio za bardzo mnie zirytuje swoim natrętnym zachowaniem, rzucam się do niego, ujadając mu prosto w ucho. Mam nadzieje, że w końcu da mi święty spokój ale on oczywiście nic sobie z tego nie robi. Odskakuje tylko na bok i śmieje się dalej, a potem znów zaczyna swoje dowcipne żarty. Od czasu do czasu dam się sprowokować i gonię Tokia przez cały park do utraty tchu. A park po którym biegamy jest bardzo duży. Są w nim: jeziorka, zalesiona skarpa, wiele chronionych gatunków zwierząt mieszających w gęstych krzakach i na terenach ogródków działkowych, obok znajduje się również pałacyk Królikarnia. Do parku przychodzi mnóstwo psów ze swoimi właścicielami, więc zawsze jest kogo obwąchać lub z kim się poganiać. Raz widziałam nawet kota na smyczy. Nie radziłabym mu przychodzić w to miejsce o godzinie 18.00. Wtedy właśnie, każdego dnia, zbiera się w tu moje stado zaprzyjaźnionych psów i ich człowieków. Ci drudzy dają nam ciastka i stawiają nam miski z wodą, a później gadają godzinami. My w tym czasie staramy się im jak najbardziej w tym przeszkodzić i bez ustanku wciskamy im zabawki do rzucania aportów. Czasem muszę się sporo naprosić, żeby moja Pani rzuciła mi patyk. Gdy w pobliżu są jacyś inni ludzie jest to dużo prostsze - zawsze mogę poprosić kogoś z nich. Wystarczy, że położę zabawkę na ławce lub na czyjejś stopie i od razu znajduje się mój "miotacz". Najlepiej rzucają faceci. Dajmy na to takiego Adama. Ciężko jest ocenić czy patyki którymi rzuca lecą dalej czy wyżej. Zabawa jest przednia. Wszystkie psy zapatrzone są w niego jak w obrazek, gdy trzyma patyk. Zwłaszcza jego dwa własne wilczury Sonia i Samir. Obydwa są czarno-podpalanej maści, mają krótką sierść i są dwa razy ode mnie większe. Samir to moja sympatia i wydaje mi się, że ja chyba też mu się trochę podobam. Widać to po nim w te dni, które zdarzają mi się dwa razy do roku. Szaleję za nim i gdy go widzę zupełnie tracę kontrolę. Przepełnia mnie takie dziwne uczucie do niego. Zalewa mnie fala ciepła, kiedy się do mnie zbliża i mnie wącha. Najpierw z nieśmiałej suczki staję się skora do zabawy, skaczemy na siebie i liżemy po pyskach. A później staję się uległa i pozwalam mu zrobić ze sobą już wszystko. Zupełnie bez skrępowania, odwrotnie niż w przypadku do innych psów, zabawa z Samirem staje się dla mnie najwspanialszym doznaniem jakie może mi się przytrafić.
wtorek, 20 sierpnia 2013
czwartek, 15 sierpnia 2013
Narodziny
Pływam sobie, pływam. La La La. Au! Ała! Co jest?! Siostrzyczko, zabierz swój ogon z mojego pyszczka! Czy wy wszyscy musicie się tak pchać?! Wiecie co? Wychodzę stąd! Mam tego dość!Tak właśnie wyglądała moja pierwsza kłótnia z rodzeństwem, chwilę przed tym jak pierwszy raz złapałam powietrze w płucka.
Życie w brzuchu było o wiele łatwiejsze. Gdybym wtedy wiedziała, że świat jest pełen tylu niebezpieczeństw, na pewno nie byłoby mi aż tak śpieszno. Nie przeszkadzałoby mi tak bardzo moje egoistyczne, niesforne rodzeństwo, które całymi dniami potrafiło jedynie jeść, spać albo się rozpychać z tymi swoimi wielkimi brzuszydłami.
Teraz jakby trochę za nimi tęsknię. Nie wiem gdzie są ani jak się mają. Wstyd się przyznać ale nawet nie wiem jak mają na imię. Rozdzielono nas tak wcześnie. Pewnie nie rozpoznałabym ich gdybyśmy przechodzili obok siebie na chodniku. A moja Mama... ta prawdziwa... jej imię brzmiało Diana.
Moja pierwsza poważna choroba - Babeszjoza

Idę na długi spacer. Najpierw pójdę do Weta po frontline na kleszcze. Paskudztwa jest teraz pełno, a rok temu wystarczył jeden dzień spóźnienia i BUM. Babeszjoza jak w zegarku, 3 dni po złapaniu kleszcza. Na szczęście Moja Pani w porę się zorientowała jak tylko dostałam gorączki 40 stopni. Z samego rana pobiegła ze mną do lekarza. Było mi strasznie słabo i źle. Szłam do tramwaju ledwo ruszając łapkami oraz słabo widziałam na oczy. Na miejscu pobrał mi krew. Nawet nie bolało tak bardzo kiedy wbijał mi igłę. Poczułam tylko lekkie szczypnięcie. Lekarz postawił fiolkę z krwią na blacie w swoim gabinecie. Po 15 minutach podniósł ją i stwierdził zdecydowanie: „Babeszjoza. Lara jest chora”. Minęło dłużej niż 1,5h, kiedy tłumaczył szczegółowo na czym polega ta choroba. Zrozumiałam z tego, że wirus atakuje czerwone krwinki we krwi. Te z kolei opadają martwe na dno fiolki pozostawiając na górze tylko przeźroczyste osocze. Ten proces nazywa się sedymentacja. W zdrowej krwi cała zawartość naczynia powinna być bez przerwy czerwona.
A najgorsze było jak wyjął przeźroczysty worek wypełniony wodą. Z jednego jego końca wystawała rurka z igłą wielką jak koń. Nie dość, że wystraszył mnie opowieściami, o tym ile psów umiera w ciągu roku i o przypadkach okropnych powikłań do końca życia (spowodowanych babeszjozą), to w dodatku skierował tą igłę w moim kierunku. Gdybym nie była, aż tak odważna jak jestem, pewnie bym zemdlała. A tak tylko schowałam się między nogi mojej Pani. Chwilę jej zajęło namówienie mnie do zabiegu, zwanego kroplówką. Do dziś nie wiem co było bardziej przekonywujące: obietnica kupna pachnącej nowością piłki na sznurku, czy też słowa: „Lara, zrób co mówi lekarz bo od tego zależy Twoje życie”. Wbił mi igłę między łopatki. Czułam jak na plecach robi mi się wielki bąbel wypełniony wodą. Dziwne uczucie ale też nie zbyt bolesne. Później faktycznie zrobiło mi się odrobinę lepiej. Może i Pańcia miała rację, a Pan Wet uratował mi życie, ale ja i tak na samo wspomnienie jego gabinetu dostaje dreszczy.
Dodatkowo dostałam jeszcze 3 rodzaje zastrzyków i poszłyśmy do domu. W nocy zadzwonił Lekarz i poinformował nas o wynikach badań nerek i wątroby. Generalnie chodziło o uszkodzenia narządów jakie powoduje ta choroba. Polega to na tym, że gdybyśmy porównali je do gąbczastych filtrów, a martwe krwinki do ziarenek piasku, można by było stwierdzić, że po czasie mój organizm zapchałby się i przestałby filtrować. Jeśli nie umarłabym w ciągu tygodnia, to po dłuższym okresie czasu, nieleczenia choroby, na pewno trwale uszkodziłby mi nerki (wątroba się regeneruje). Wszystkie organy są jak mechaniczne trybiki. Jeśli utracimy funkcjonowanie jednego z nich, całość przestanie działać.
Tydzień trwało leczenie. Codziennie o tej samej porze chodziłam dostawać antybiotyki i kroplówkę. Dostałam karmę Royala na lepsze funkcjonowanie wątroby. Moje ograny okazały się być niezniszczone choć lekko obciążone.
środa, 14 sierpnia 2013
O mnie. część I
Witam wszystkich czytelników! Zamierzam być aktywnym bloggerem i wrzucać tu jak najwięcej różnych historyjek z mojego życia.
Zacznę od mojego, krótkiego opisu:
Jestem Owczarkiem Niemieckim i mam juz ponad 4 lata. Jestem bardzo mała jak na swój wiek. Ważę tylko 21 kg. Ludzie mówią że jestem kundlem albo mieszańcem, ale moja Pani zawsze odpowiada im z uśmiechem: „To nieprawda. To przedstawiciel nowej rasy Owczarka Miniaturki „. Trudno się z nią nie zgodzić – jak coś powie to znaczy że tak jest i musi być! Dlatego zawsze się jej słucham i staram się być grzeczna.
Jak byłam małym, głupiutkim szczeniakiem zdarzało się, że chciałam zrobić jej na przekór i się nie słuchałam, z czego zawsze wynikały jakieś kłopoty. Raz prawie wpadłam pod samochód, choć nie wiedziałam jeszcze co to jest. Pomyślałam wtedy, że fajnie by było się pobawić i zachęcić moją Panią do gonitwy za mną. Mimo, że mnie wołała, uciekałam jej przez cały park, aż do ulicy na którą wbiegłam i gdyby nie to, że takie głuptasy jak ja mają niesamowite szczęście, to już by mnie tu nie było. Dwa wielkie, rozpędzone, oślepiająco-świecące oczy zbliżyły się do mnie z taką prędkością, że skuliłam się tylko sparaliżowana ze strachu i czekałam na koniec. W tej samej chwili moja Pani krzyknęła: „STÓJ!”, a to COŚ co było już coraz bliżej pisknęło przeraźliwie i zatrzymało się tuż przed moim nosem. Trzęsłam się cała kiedy Pani brała mnie na ręce. Czułam jak mocno łomocze jej serce. Szybko wróciłyśmy do domu.
Nie zapomnę nigdy jak mocno mnie skrzyczała. Z początku nie wiedziałam o co jej chodzi kiedy posadziła mnie na posłaniu i od razu kazała przyjść do nogi uprzednio oddalając się o kilka kroków. Nie ruszyłam się z miejsca. Podeszła do mnie i przyciągnęła mnie siłą w miejsce, które wcześniej wskazywała mi palcem. Znów kazała mi wrócić na posłanie. I tak to się powtórzyło jeszcze dwa razy. Dopiero za czwartym razem zrozumiałam o co tu chodzi. Pomyślałam, że lepiej będzie jeśli tym razem sama przyjdę i udało się. Pierwszy i ostatni raz była na mnie tak zła. Obiecałam sobie, że już zawsze będę posłuszna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

